Ósmy w tabeli Przybylski mierzył się z piątym Biprotechem w meczu o podobną stawkę co wcześniejszy. Tym razem jednak i wynik był bardziej okazały i gra obu ekip lepsza. Już od samego początku oglądaliśmy bowiem emocjonujące spotkanie. Goście, choć prowadzili grę, nie byli w stanie przekuć tego na gole. Przybylski, słynący nie od dziś z tego, że posiada w swojej ekipie świetne indywidualności, groźnie za to kontrował i to on wyszedł na prowadzenie. Co prawda samotny rajd Guzika, który po minięciu czterech piłkarzy w sytuacji „sam na sam" posłał piłkę obok słupka nie przyniósł jeszcze bramkowego efektu, lecz uderzenie Grzesiaka już owszem. To ci dwaj zawodnicy stanowili bezsprzecznie największe zagrożenie dla Biprotechu i to od ich dyspozycji zależał w dużej mierze wynik. Gospodarze stali się jednak kolejną ekipą, która przegrała... ze swoją ławką rezerwowych. Niebiescy przyjechali bowiem bez zmienników, co z każdą minutą było coraz bardziej widoczne i zemściło się w końcówce. Gole Banacha, Karcza, Kusza i Szajny wyleczyły Przybylskiego z marzeń o trzech punktach. Duże brawa należą się zwłaszcza Bartłomiejowi Karczowi, dwukrotnie asystującemu partnerom.
Gra o podium wciąż się toczy i Biprotech nadal jest ekipą, która ma w niej sporo do powiedzenia. Porażka Przybylskiego poniesiona w takich a nie innych okolicznościach dowodzi tylko, że gdyby zespół ten posiadał kilku wartościowych zmienników, z pewnością zaliczałby się do ścisłej ligowej czołówki.