KRAKSPORT EKSTRAKLASA
Kraków Airport Taxi – FIDELTRONIK 9:4
Od początku lepsze wrażenie sprawiali ekipa „taksówkarzy". Dominowali oni nad rywalem w rozegraniu piłki oraz w stwarzanych sytuacjach. Zwieńczeniem tej przewagi było trafienie Tomasza Kokoszki, który wykorzystał szybki aut wykonany przez Marka Bastera. Stracony gol pobudził gości do bardziej zdecydowanych ataków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Fatalny błąd bramkarza KAT wykorzystał Patryk Strona i zrobiło się 1:1. Po tym golu obraz gry się zmienił. To goście przeważali i powinni objąć prowadzenie, ale razili nieskutecznością. Jak się nie wykorzystuje, to przeważnie się traci i tak też było tym razem. Paweł Izowski zdecydował się na indywidualną akcję i strzałem nie do obrony wyprowadził Airport na prowadzenie. Minutę później ponownie za sprawą Izowskiego gospodarze prowadzili 3:1, a wynik po pierwszych 20 minutach ustalił Dariusz Podedworny, wykorzystując szybką kontrę i podanie Tomka Kokoszki. Natchnieni wysokim prowadzeniem gospodarze atakowali z wielką pasją i rozmachem, raz za razem stwarzając sobie groźną okazję do zdobycia gola. Już po kilku minutach tej części gry prowadzili 7:1 i nagle w ich poczynania wdarło się rozluźnienie. Pozwoliło to gościom doskoczyć do rywala na 3 gole, ale świetnie dysponowany tego dnia Izowski strzelając na 8:3 pozbawił ich ostatecznie jakichkolwiek złudzeń. Ostatecznie Kraków Airport Taxi wygrał to spotkanie 9:4 i cały czas może realnie myśleć o miejscu medalowym.
Elektrownia Skawina – Fitness Platinium 5:0
walkower
DHL Express – Auto-Gum 3:15
9 sekund...Tyle potrzebował Robert Dąbrowski żeby strzelić swojego pierwszego gola w tym spotkaniu i był to najszybciej strzelony gol w historii rozgrywek Biznes Ligi. Lepszego początku goście wymarzyć sobie nie mogli i z minuty na minutę jeszcze bardziej podkręcali tempo. Różnica klas dzieląca obie drużyny była aż nadto widoczna. Świetnie wyszkoleni technicznie i przygotowani do gry na wysokim poziomie goście nie mieli najmniejszych problemów ze stwarzaniem 100% sytuacji, a ich efekt zawsze był taki sam. Kończył je popularny „Tychan". Jak wielkim autorytetem cieszy się Pan Dąbrowski najlepiej świadczą dwie sytuacje z końcówki pierwszej połowy. Popisowe akcje Auto-Gumu, kompletnie zgubieni obrońcy DHL-u, piłka trafia pod nogi Suchana, który ma przed sobą pustą bramkę, ale zamiast strzelać podaje piłkę do Dąbrowskiego, który oczywiście nie ma najmniejszych problemów z umieszczeniem jej w siatce. Gospodarzy przed przerwą stać było tylko na trafienie Duszyka i do szatni schodziliśmy przy wyniku 1:7. Po zmianie stron goście (Dąbrowski) nie zamierzali zwalniać tempa. Schemat przeważnie ten sam, doprowadzić do sytuacji, w której zawodnik strzelający ma przed sobą pustą bramkę. Gospodarze starali się odgryzać, ale zdeterminowani goście nie pozwalali im na zbyt wiele. Wyczyn Dąbrowskiego ciężko racjonalnie wytłumaczyć. 14 strzelonych goli, na 15 całej drużyny przyprawia o ból głowy...kolejnych rywali Aut-Gumu. Króla strzelców już znamy, a mając w składzie takie „grajka" brak tytułu dla Auto-Gumu będzie nie lada sensacją...
ALIOR BANK - „Przybylski DV-BOX" 2:7
Będąc faworytem Przybylski nie zawiódł i pewnie pokonał Alior Bank. Goście od pierwszego gwizdka sędziego ruszyli do zdecydowanych ataków i po trafieniu Wojciecha Błażejewskiego objęli prowadzenie. Gospodarze nie zamierzali jednak oddać punktów bez walki i starali się zagrażać bramce gości. Około 10 minuty przewaga gospodarzy zrobiła się bardzo duża i przez kilka minut zdominowali faworyzowanych gości. W tym czasie powinni doprowadzić do remisu, ale bramkarz DV-BOX nie dał się pokonać. Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić i tak też stało się tym razem. Krawczyk uderzył lewą nogą i bramkarz musiał wyjąć piłkę z siatki. Chwilę później popisowa kontra gości. Polański, Krawczyk i Polański do pustej bramki na 0:3. Zmiana stron nie przyniosła zmiany boiskowych wydarzeń. Goście napędzeni wysokim prowadzeniem grali na luzie i popisywali się składnymi akcjami. Po zaledwie kilku minutach było 0:6, a gole strzelali: Tota, Błażejowski i Krawczyk. W końcówce wyraźnie przycisnęli gospodarze i za sprawą Kowalczyka i Suska zmniejszyli rozmiary porażki. Na sam koniec bramkę dołożył jeszcze Ziółko i Przybylski wygrał ostatecznie 2:7, umacniając się w ten sposób na trzecim miejscu w tabeli.
II LIGA C
SSC Internazionale – ProEko 0:9
Pierwsze spotkanie wieczoru miało swojego zdecydowanego faworyta. Byli nim rzecz jasna goście, polujący na fotel lidera. I rzeczywiście, już pierwsze minuty pokazały jasno, że będzie to w ich wykonaniu bardzo dobry mecz. Szybkie ataki i sprawne operowanie piłką pozwoliło błyskawicznie objąć zielonym prowadzenie. Wątpliwe było jednak, by goście zadowolili się skromnym 1:0. Ich ataki nie ustawały a golkiper SSC zmuszony był wyciągać piłkę z siatki. Przed zmianą stron czynił to łącznie aż pięciokrotnie i po dwudziestu minutach gry wynik starcia był już de facto przesądzony. Gospodarze nie chcieli się jednak poddawać i ze wszystkich sił walczyli o choćby honorową bramkę. Groźny w ich szeregach był Ralf Huijnen, który sprawiał zdecydowanie najwięcej kłopotów defensywie ProEko. Ostatecznie jednak ani on, ani żaden z jego kolegów nie zdołał skierować piłki do siatki. Cztery kolejne trafienia zaliczyli z kolei zieloni i cieszyć się tym samym mogli z bardzo efektownego zwycięstwa.
LGBS – MPEC 3:4
Drugi pojedynek kolejki przyniósł zdecydowanie najwięcej emocji. Dla LGBS był bowiem jedną z ostatnich szans na włączenie się do walki o awans. Granatowi musieli walczyć o pełną pulę, lecz także i goście, chcąc obronić fotel lidera potrzebowali trzech oczek. W pierwszej części meczu to gospodarze mieli przewagę, lecz mimo kilku dogodnych okazji nie potrafili jej zamienić na gole. Dość niespodziewanie, po uderzeniu z dystansu na prowadzenie wyszli za to biali i od tej pory to oni zaczęli nadawać ton grze. LGBS starało się jednak wyrównać i w końcu cel swój osiągnęło. Końcówka pierwszej połowy należała za to ponownie do MPEC: najpierw gol na 2:1 a potem trzecie trafienie „do szatni" dało liderowi dwie bramki zaliczki. Zaliczki, której nie oddał on już do samego końca spotkania. Mimo, iż granatowi zdołali doprowadzić do wyrównania, ostatnie słowo należało do jedynej niepokonanej w lidze ekipy, która dzięki czwartemu trafieniu odniosła zwycięstwo.
HCL – Gazownicy Krakowscy 2:1
Trzecie starcie wieczoru, pomiędzy HCL a Gazownikami, również przyniosło sporo emocji. Dwie ekipy w niebieskich koszulkach walczyły o bardzo cenne dla obu stron trzy oczka. Tak u jednych, jak i drugich widać było nerwowość spowodowaną stawką meczu. Stąd stosunkowo niewiele sytuacji bramkowych w pierwszej połowie a co za tym idzie, niezbyt ciekawe dla kibiców widowisko. Wszystko zmieniło się jednak po przerwie. Najpierw na prowadzenie wyszli gospodarze, popisując się koronkową akcją całego zespołu. Po trafieniu na 1:0 nie byli jednak w stanie pójść za ciosem i oddali pole doświadczonym przeciwnikom. Ci nie zmarnowali takiego prezentu. Co prawda nie byli w stanie pokonać znakomicie dysponowanego Zbigniewa Kiecia z gry, lecz sztuka ta udała się po fenomenalnym uderzeniu z rzutu wolnego Tomaszowi Ciastoniowi. Ostatecznie Gazownicy nie mogli się jednak cieszyć nawet z remisu. HCL zdobyło bowiem swoją drugą bramkę i zainkasowało trzy oczka, podtrzymujące nadzieje ekipy na miejsce na podium.
Ren-Bet – Crazbud/Dexbud 0:14
Ostre strzelanie urządzili sobie piłkarze gości w meczu z pozostającymi bez zwycięstwa granatowymi. Niepodzielnie dominowali na murawie od pierwszych minut, szybko zaznaczając przewagę zdobywanymi bramkami. Ren-Bet starał się co prawda nawiązać walkę, lecz niewiele z tego wynikało. O ile jego akcje wyglądały dobrze mniej więcej do połowy boiska, na terenie przeciwnika brakowało już piłkarza zdolnego wziąć na siebie ciężar gry, dłużej przytrzymać piłkę i rozegrać ją z partnerami. Stąd, mimo ambicji, saldo po stronie gospodarzy znów wynosiło zero. Crazbud/Dexbud z kolei do przerwy strzelił siedem bramek, a po zmianie stron podwoił ten dorobek. Ostatecznie odniósł więc rekordowe dla siebie zwycięstwo, które pozwala mu nadal myśleć o miejscu na podium. Granatowi tymczasem kontynuują kolejną już passę bez zwycięstwa na koncie. Cóż, kiedy do składu wróci Mieczysław Kowal, zespół może zyska nieco w ofensywie i pokusi się o zdobycie kompletu oczek.
Korporaci – PKO 2:12
Ostatni mecz kolejki rozstrzygnął się zanim sędzia zagwizdał po raz pierwszy. Pomarańczowi bowiem zgromadzili zaledwie pięciu zawodników, co tak naprawdę przesądzało o końcowym wyniku. Mimo to, docenić należy ambitną postawę Korporatów. Nie ograniczali się oni bowiem tylko do obrony. Starali się również atakować, próbując zaskoczyć Konrada Naworola szybkimi, solowymi akcjami i strzałami z dystansu. Przed zmianą stron dało to gospodarzom jednego gola. Biali strzelili ich jednak aż pięć i z bezpieczną przewagą kontrolowali wydarzenia również po przerwie. W drugich dwudziestu minutach okazali się być skuteczniejsi – dołożyli do swojego dorobku kolejne siedem goli. Korporaci trafili z kolei po raz drugi i mimo porażki, mogą być chyba usatysfakcjonowani. Walczyli bowiem dzielnie i gdyby przystąpili do meczu w choćby siedmioosobowym składzie, komplet oczek dla PKO mógłby być poważnie zagrożony.